Wizyty u lekarza i nie tylko – Panie, dodaj mi sił…

img008   Przez ostatnie tygodnie roku 2012 nasze domowe życie nabrało takiego tempa, że nawet nie miałem czasu pisać.Po pierwsze – Misiek i Jasiek się rozchorowali, po drugie – koniec semestru, trzeba oddać prace na zaliczenia, po trzecie – wypadły wizyty lekarskie oraz pobyt w szpitalu, ale o tym za moment. Naprawdę, ostatnio się nie nudziliśmy…Wróćmy do tematu przewodniego. Dzieci chorują. Wystarczy, że chodzą do przedszkola, jeśli akurat mamy sezon na grypę – atrakcje gwarantowane. Ale o tym wiedzą wszyscy rodzice. Oczywiście jeśli mamy dwójkę lub więcej, zawsze chorują wszystkie, nie inaczej jest w naszym przypadku. Jeśli Misiek coś przywlecze z przedszkola, to Jaś na 100% dostanie to samo w promocji.

     Wyjście z jednym dzieckiem do lekarza nastręcza trudności. Wyjście z dwójką to już jest skomplikowana operacja logistyczna, wymagająca od rodzica świętej cierpliwości, ale również przynajmniej podstaw technik relaksacyjnych. Mamrotanie jakiejś mantry w przychodni, gdzie jest pełno ludzi, a dzieci już wariują bardzo pomaga, np. mmm… nie zwariuje, mmm… nie zwariuje, mmm… nie zwariuje. Chociaż czasem nawet tego typu środki nie są w stanie uratować sytuacji. Kiedy ostatnim razem Ruda zabrała Miśka do okulisty, moja pomoc okazała się niezbędna, ponieważ trzy dorosłe kobiety nie były w stanie utrzymać pięciolatka… I nie chodziło o siłę, bo nie trzymałem go niemal wcale – a na marginesie nie jestem zwolennikiem badań na siłę – po prostu inaczej to rozegrałem. Po dokładnym wytłumaczeniu powodów badania i odpowiedniej zachęcie (no dobra, drobnym przekupstwie) Misiek dał sobie zbadać wzrok.

     Oczywiście są też zabawne momenty, dzieci mają łatwość rozbawiania dorosłych, co czasem pomaga przepchnąć się przez kolejkę, ale nie zawsze. Przyznam, że bardzo często spotykamy się z całkowitym brakiem zrozumienia. Gdy czekamy w kolejce do laboratorium, a są przed nami osoby dorosłe, naprawdę rzadko ktoś widząc, że jestem z dwójką małych dzieci, nas przepuścił. Dzieci, jak wiadomo mają ograniczone pokłady cierpliwości, więc zaczynają marudzić i rozrabiać, co w zatłoczonej poczekalni – nie przeczę – może być irytujące i męczące dla pozostałych. Proszę mi wierzyć, nawet najbardziej kreatywnym rodzicom, po 2-óch godzinach czekania kończą się pomysły na ciche zabawy, a już tym bardziej trudno jest zająć 1,5-roczniaka, który musi chodzić i zwiedzać okolicę, jak każdy mały odkrywca.

     A przecież rozwiązanie jest banalnie proste. Małe dzieci mają pierwszeństwo. Niestety nie we wszystkich przychodniach stosowane, więc zamiast następnym razem zrzędzić pod nosem, narzekać i upominać (aż zacytuję Proszę uspokoić dzieci! Tu są osoby starsze i schorowane!), po prostu nas przepuśćcie. Ja nie będę musiał narażać dzieci na dłuższy kontakt z potencjalnymi chorobami, a w przychodni będzie spokój i cisza.

     Kolejny epizod z cyklu. Dokładnie na 6 grudnia, czyli św. Mikołaj i własne imieniny, Misiek miał zaplanowany zabieg usunięcia migdałków – taki prezent od rodziców…(tak, czułem się podle z tego powodu, ale nie ja ustalam terminy). Rano, 5 grudnia, zameldowaliśmy się szpitalu, tym razem to ja miałem z nim zostać. Wszystko było już zapięte na ostatni guzik, dokładnie wytłumaczyłem Miśkowi, że to dla jego dobra, że będzie OK i dostanie fajny prezent od św. Mikołaja. Byliśmy zwarci i gotowi, tylko oczywiście nic nie wyszło z zabiegu, ponieważ z całkowicie niezrozumiałych dla mnie przyczyn wszystkie badania, które potwierdzają możliwość zabiegu są wykonywane już w szpitalu po przyjęciu zamiast przed przyjęciem. Tak więc spędziliśmy cały dzień i noc w szpitalu, tylko po to, by rano następnego dnia z powodu złych wyników, wrócić do domu. Można powiedzieć że to Święty Mikołaj na imieniny uratował Miśka spod skalpela… Misiek nawet zdążył zaliczyć imprezkę w przedszkolu. To się nazywa mieć fart w życiu.

     Oczywiście nikt się nie przejmuje, że Ja i Ruda musieliśmy wziąć wolne z pracy, wszystko przystosować pod pobyt Miśka w szpitalu, że nie chodził od 2-óch tygodni do przedszkola. Dopiero po otrzymaniu złych wyników dostaliśmy dyspozycje, aby jednak wpierw zrobić badania, a dopiero potem przyjęcie na zabieg, Nie można tak od razu? Przecież to jest logiczne i racjonalne, a tak po prostu strata naszego czasu i niepotrzebny stres dla dziecka. Ale to nic, to nie pierwsza i nie ostatnia kłoda rzucona nam pod nogi przez życie, grunt to się bacznie rozglądać po to by nie upaść na twarz.