Rodzinny obiad i lizanie podłogi

img019     Idea wspólnych posiłków jest wspaniała. Takie spoiwo, które łączy całą rodzinę. Zwykle zabiegani rodzice nie mają codziennie czasu, by razem z dzieciakami usiąść przy stole.

     My zawsze staramy się z naszymi chłopakami jeść wspólnie w weekendy. Ale wspólne jedzenie z moimi Synami to nie jest relaks, tylko wyzwanie. Mimo najszczerszych chęci i zabiegów z naszej strony, nigdy nie wygląda to tak, jak na zdjęciach z wydawnictw typu: "Jak cudownie być mamą" czy "Dziecko i ja". A taka wyidealizowana wizja wspólnych posiłków serwowana nam przez tego typu periodyki wygląda zwykle tak: perfekcyjnie ubrana, przepiękna młoda mama, z idealnym makijażem, podaje do stołu, przy którym siedzi uśmiechnięty, zabójczo przystojny młody tata. Przy stole również siedzą śliczne maluchy (przynajmniej jeden ma loczki). Dzieci siedzą grzecznie w nienagannie czystych ubrankach, wszystko wokół lśni jak policjant w Waszyngtonie przed Białym Domem… Tak.. Już to widzę…

A potem wszystkie te przyszłe młode mamy i ojcowe wierzą w takie bzdury, że dzieci jedzą wszystko i nie brudzą. A rzeczywistość wygląda trochę inaczej, a raczej brudniej. Czytaj dalej

Pierwsze dziecko – czyli szczeniak w domu.

Zdj_cie0054    Przy małych pieskach jest tyle samo zachodu co przy dzieciakach, tyle tylko, że w naszym przypadku to było razy siedem…

 

Kiedy Ruda była już od 5 miesięcy ciężarówką przewożącą Miśka, na świat przyszły pierwsze i ostatnie szczeniaki w naszej hodowli owczarków belgijskich.

Ostatnie dlatego, że w ciągu trzech miesięcy dostaliśmy taką szkołę życia, że w obecnej sytuacji przy dwójce dzieci na pewno sobie odpuścimy małe psiaki. Tylko jeden został z nami… nasza wyjąca Yuki.

Nie wiem czy wszyscy zdają sobie sprawę jaki harmider i totalne rozpirzenie porządku wprowadza taka czarna hołota.

Jak zamienić piękny skalniak w ogrodzie w krajobraz księżycowy? Nic prostszego potrzeba tylko siedem małych czarnych diabełków z ząbkami jak sztylety i 2-3 dni później zostają tylko kamienie… nie uchowa się żadna roślinka.

Przeganianie ich nic nie pomoże, przegonisz potworki z jednej strony to z drugiej już kolejne atakują. Są jak gremliny lub uporczywa grzybica stóp.

Nasz kot Frycek prawie się wtedy wyprowadził. Zresztą wcale mu się nie dziwiłem, nie miał lekkiego życia. Za każdym razem kiedy przebiegał z ogrodu do sadu, pędziła za nim cała hałastra małych ujadających piesków. Miałem wrażenie że to podjazd tatarski hałakując atakuje samotnego kociego rycerza, który z gracją przeskakiwał ogrodzenie zostawiając prześladowców rozpłaszczonych na siatce. Po czym natychmiast siadał po drugiej stronie i z miażdżącą pogardą patrzył na całą bandę szczekających i wzajemnie się wywracających prześladowców.

Pora karmienia też potrafiła być wyzwaniem. Najpierw należało zlokalizować całą bandę co nie było szczególnie trudne. Wystarczyło podążać za hałasem i rozpaczliwymi krzykami domowników, a następnie rozstawić całe towarzystwo przy swoich miskach. W tym momencie przydawały się umiejętności potrzebne do organizacji imprez masowych. Do tego celu świetnie nadawał się duży kawałek ogrodu, ze 2-3 osoby (o nerwach ze stali) do rozdzielania przy miskach i pilnowania żeby wygłodniałe psy nie robiły wycieczek w celu wyjadania jedzenia rodzeństwu – zgodnie z zasadą, że ten drugi ma na pewno lepsze!

W domu nie polecam tego robić ponieważ wszystkie małe psiaki trzymają łapy w miskach i potem robią fajne ślady.

Po karmieniu następowała chwila przerwy w zajęciach ponieważ wszystkie maluchy usypiały po kątach, zresztą bardzo często bezpośrednio w miejscu ostatniej zabawy.

Kiedy już wieczorem będąc na ostatnich nogach po całodziennej bieganinie, mającej na celu uratowanie resztek dobytku przed pożarciem, udało się zagonić całe stado z ogrodu do domu na spanie, można było wreszcie odpocząć. Należało tylko wcześniej przygotować podłogę na straszne rzeczy które ją spotkają w nocy – czytaj pokryć wszystko kartonem lub gazetami, które i tak zostaną wpierw zasikane, to drugie, a na koniec pożarte.

Nie będę się rozpisywał o drobnych stratach których było bez liku. Sporej ilości zjedzonych butów, zabawek, kosza do spania (z koszyka została tylko podłoga) i całej fury innych pogryzionych sprzętów.

W końcu przyszedł czas na rozstanie z psiakami, co mimo wszystkich trudów związanych z ich wychowaniem – proszę mi wierzyć że czasem uderzałem miarowo głową w ścianę, a Ruda chodziła z wyrazem twarzy jak Jack Nicholson w filmie „Lśnienie” – nie jest łatwe. Za każdym razem kiedy ktoś przyjeżdżał po szczeniaka i znikał kolejny piesek serce w człowieku pękało… i robiło się jakoś tak smutno kiedy patrzyliśmy na zmniejszającą się powoli gromadkę…

Kiedy już rozstaliśmy się z wszystkimi psiakami, oprócz naszej Yuki, wcale nie było dużo łatwiej szczególnie, że w październiku Misiek zawitał na naszej planecie, a nasz pies był na etapie 4 latka… ale to całkiem inna historia.

 

 

 

 

Wilk pod łóżkiem, czyli pies z rozdwojeniem jaźni

Yuki i misiek    Zawsze chciałem mieć psa, nie jakiegoś małego kundelka (wentyla /obszczajmura) tylko prawdziwego duże psa, wilczura lub labradora. Yuki, owczarek belgijski czarna jak smoła, pojawiła się w domu tego samego roku co Misiek.

Z posiadania psa są zalety nie przeczę – nie marnuję się jedzenie, jak coś spadnie to zawsze możesz wezwać swój biologiczny odkurzacz i podłoga znowu lśni (od śliny nie czystości) Świetnie również czyści fotelik Jaśka z wszelkich odpadków

Misiek już ma niepisaną umowę z Yuki jak czegoś nie może zjeść albo krzyczy -Tato bo ona mi zjadła kanapkę! Lub kanapka mu spada a reszta się dzieje sama…śniadanko zjedzone – Wilk syty i rodzice zadowoleni

Jaśka sobie opanowała bez problemów ponieważ gość raczkuje więc bardzo łatwo mu wyłuskać jedzenie z rączki, zresztą wystarczy zanim tylko podążać on sam gubi spore kawałki. Dlatego ta przyjaźń kwitnie i Yuki ma do Jaśka świętą cierpliwość. Częsty obrazek to Jasiek zasuwający z bułką łapce a za nim cicho jak wojownik ninja przy ścianie Yuki która obserwuję rączkę Jaska, oraz mnie czy tego przypadkiem tego nie widzę i podłogę czy coś nie spadło…

Niestety nasz pies wyje. Nie, nie wyje do księżyca czy karetki jak inne normalne psy.Ona wyje jak śpi ale wyje na całe gardło i dopóki się jej nie obudzi ciągnie ten śpiew coraz wyżej przechodząc w takie jodłowanie że niejeden rodowity Tyrolczyk poczułby się zawstydzony swoim miernym wykonaniem. Najgorszy w tym wszystkim jest fakt że Yuki śpi na progu naszej sypialni.

Przez lata praktyki wykształciłem takie odruchy, że potrafię na jej pierwsze westchnięcie – które zawsze jest preludium do koncertu- wyskoczyć z łóżka (cały czas w poziomie, przelatując nad Rudą która śpi z brzegu ) spaść na cztery łapy jednocześnie łapiąc Yuki za pysk aby ja obudzić. Raz tylko zdarzył mi się tragiczny wypadek…zamieniłem się z Rudą miejscami, zareagowałam automatycznie jak zawsze i… zahaczyłem twarzą w ścianę zostawiając ślad jak po zabiciu najedzonego komara, tyle że ten komar musiał być wielki (na szczęście w sypialni mamy czerwoną ścianę).

Codzienne życie z psem i dzieciakami to wieczny wyścig zbrojeń nigdy nie wiadomo co nas zaskoczy, żelazny trening i adaptacja tylko to pozwoli nam przetrwać i być o krok do przodu.