Misja Tramwaj, część II

img010

Nic nie ma takiej siły przyciągania dla Miska jak tramwaje. Od kiedy tylko na tyle podrósł że zaczął zauważać świat wokół siebie, tramwaje go całkowicie zauroczyły, żaden inny pojazd, żadne atrakcje nie mają szans w starciu z tramwajem. Ten związek trwa już 5lat…

To dlatego każdy wyjazd do Krakowa witany jest z takim entuzjazmem.

Zobaczyć Dziadków? Super!

Przejechać się Tramwajem? OOOO TAAAAAK!!! TERAZ! JUŻ!

Niejedna dziewczyna by chciała, aby jej facet obdarzał ją takim spojrzeniem, jakim stojąc na przystanku, mój Synek obdarza każdy przejeżdżający tramwaj… Jeśli ktoś nie wie, jak wygląda bezbrzeżny zachwyt – wystarczy spojrzeć wtedy na Miśka.

Oczywiście czasem przez tą jego miłość, która momentami ociera się o obłęd, wybuchają sprzeczki – zgadnijcie, co Misiek ogląda na YouTube?? Oczywiście tramwaje! Co widnieje na wszystkich rysunkach? Tramwaje. Jak również nie muszę nikomu tłumaczyć, kim zamierza zostać – oczywiście motorniczym.

Idąc dalej typ tropem, a właściwie torem, powiem jak wygląda przejazd tramwajem.

Wybór odpowiedniego tramwaju to nie taka prosta sprawa. Tramwaj, żeby uzyskać akceptację Miśka musi spełniać szereg nie do końca przeze mnie rozumianych wymogów i norm. Nigdy nie zrozumiem, czemu nie możemy np. pojechać 8-ką, tylko musimy czekać na 13-kę w sytuacji, kiedy oba wyglądają identycznie.

Szczęście nam sprzyjało, przyjechał ten wybrany, którym to mamy pojechać do muzeum. Ciekawe czy zgadniecie do jakiego? Tramwajowego oczywiście…

Wsiadanie jest łatwiejsze, ale natychmiast po wejściu staram się go złapać i jak najszybciej posadzić zanim mi ucieknie na drugi koniec tramwaju w poszukiwaniu miejsca, bo Misiek musi siedzieć przy oknie, nawet jeśli musielibyśmy wyrzucić z miejsca staruszkę lub matkę z dzieckiem.

A uwierzcie – ciężko się goni pięciolatka w wagonie tramwajowym w czasie ruchu, jednocześnie pchając wózek z młodszym potomstwem… Oczywiście jest to świetny trening dla zmysłu równowagi, a po takim treningu zawsze mogę zacząć pracę na przykład w cyrku…

Wysiadanie to prawdziwa trauma dla mnie. Misiek zawsze chce jechać dalej, więc czasem po prostu go muszę siła zabrać, co na pewno wygląda dziwnie, kiedy dziecko trzyma się rurki i krzyczy:

– TATO JA NIE CHCĘ!!! ZOSTAW MNIE!!!

W takiej sytuacji jestem kamieniowany gradem spojrzeń pasażerów, kiedy staram się go oderwać od poręczy, a czasem słyszę komentarze:

– Biedne dziecko, co za niedobry ojciec…

– Tyran!

Wśród tych wrogich spojrzeń czasem zauważę kogoś, kto patrzy na mnie współczująco, od razu wiem, że to musi być osoba, która wie, o co chodzi… mój milczący współtowarzysz niedoli.

Po wyjściu musimy jeszcze chwilkę postać na przystanku i pomachać tramwajowi na do widzenia, dopiero wtedy możemy ruszyć dalej, a przejazd zostaje zaliczony jako kompletny.

 

Samą wizytę w muzeum można tylko porównać z pielgrzymką do Mekki dla wiernego muzułmanina. Mój Synek latał jak natchniony między tramwajami postawionymi w hali wystawowej, wchodził do środka wagonów, stawał na schodkach – prawdziwe spełnienie marzeń fanatyka.

Byłoby idealnie, gdyby nie jeden delikatny zgrzyt… Misiek zażądał, że on chcę dotknąć pantografu, a tu pojawił się drobny problem, ponieważ pantograf znajduje się na dachu tramwaju, czyli trochę za wysoko dla kogoś takiego jak ja. Nie mam 3 metrów wzrostu. Z hali z tramwajami Misiek wyszedł wściekły, że nie miał kontaktu z pantografem – najważniejszą częścią tramwaju – ja byłem już w stanie przedzawałowym od powtarzania, że nie dosięgnę do dachu. Jak tylko weszliśmy do drugiej hali wystawowej szczęście odebrało mi mowę, o szczęściu mojego Synka nawet nie będę pisał – takiej radości się nie da opisać.

Dlatego chciałbym głęboko podziękować panom konserwatorom za pomysł postawienia jednego pantografu na ziemi – prawdopodobnie uratowali mi życie. Tym razem.

 

Równoległe z pisaniem tego tekstu pracowaliśmy z Mikołajem nad projektem naszego Tramwaju z pudła. Fotki z tego projektu poniżej 🙂