Misja Tramwaj, czyli wyjazd do Krakowa.

img009      Wyjazdy do Krakowa są zawsze ogromnym przeżyciem nie tylko dla mojego synka który jest uzależniony od tramwai, ale również dla nas. Niby prosta sprawa, ale przygotowania do wyjazdu są skomplikowane jak byśmy mieli lecieć na Marsa.

Trzy tygodnie temu nadszedł wreszcie długo oczekiwany przez Miśka dzień wyjazdu do Krakowa.Jak zwykle niepotrzebnie pochwaliłem się tym parę dni przed wyjazdem, co spowodowało wybuch niekontrolowanej euforii u mojego starszego syna, a ilość zadawanych pytań odnośnie podróży z kilku dziennie wzrosła do kilkunastu, a nawet kilkuset na godzinę aż do dnia wyjazdu… Na początku odpowiadaliśmy normalnie i kulturalnie, ale z czasem zaczęliśmy szeptać i warczeć:

 

– Tato, w sobotę jedziemy do Dziadka do Krakowa?

– Tak, w sobotę jedziemy do Krakowa.

– Dzisiaj?

– Nie, kochanie nie jedziemy dzisiaj, jedziemy w sobotę.

– A czemu nie dzisiaj?

– Bo ja i mama idziemy do pracy, a ty do przedszkola, ok?

– Tak.

– Tato, kiedy jedziemy do Krakowa?

– W SOBOTĘ.

– Ale ja chcę dziś!!!

– #@$!!! jedziemy w sobotę, nie dziś, czy to jasne?!

– Dobra tato, ale ja wole dziś…

 

Oczywiście to tylko mocno skrócony przykład jednego z dialogów, w którym miałem wątpliwą przyjemność uczestniczyć kilkanaście razy w ciągu dnia…

Dlatego teraz już wiem, że datę wyjazdu należy trzymać w tajemnicy, jak datę inwazji Aliantów na Normandię. Zaskoczenie wroga musi być całkowite – inaczej jego wywiad nas zniszczy przed rozpoczęciem operacji.

W dniu wyjazdu byłem pełen optymizmu, dobry humor wprost ze mnie tryskał, żartowałem, nie przeczuwając niczego. Człowiek to jednak dziwna istota, bo z doświadczenia powinien mieć więcej nieufności oraz ostrożniej okazywać swoją radość. A ja nawet posprzątałem samochód – o naiwny

Na samym początku podróży mieliśmy już wymuszoną przerwę na wietrzenie samochodu, bo młodszy akurat w samochodzie nabrał ochoty na zrobienie kupy, co spowodowało niemal oparzenie dróg układu oddechowego u nas, a Misiek prawie zwymiotował. A przecież za rzekome posiadanie broni chemicznej Stany zaatakowały Irak.

Jak tylko ruszyliśmy Jaś, który posmakował wolności poza swoim fotelikiem postanowił, że on już nie chcę siedzieć i zaczął głośno dawać upust swojemu niezadowoleniu. Ruda, aby uciszyć awanturę na tylnym siedzeniu dała chłopakom ciasteczka…

Po 30 minutach zrobiliśmy kolejna przerwę, aby doczyścić Jaśka i jego fotelik z ciasteczka. Okruchy miał nawet pod pachami, w pieluszce, a na buzi rozmazany karmel, o tapicerce samochodu nawet nie będę wspominał…bo jeszcze chcę mi się płakać.

 

Po trzech godzinach atrakcji związanych z podrożą szczęśliwie dotarliśmy do Krakowa. Nie wiem czemu całą radość pobytu zawsze trochę mi psuje widmo powrotu… wiecie, taki drobny szczegół jak zapach brudnej pieluchy gdzieś na dnie mojej podświadomości…