Pierwsze dziecko – czyli szczeniak w domu.

Zdj_cie0054    Przy małych pieskach jest tyle samo zachodu co przy dzieciakach, tyle tylko, że w naszym przypadku to było razy siedem…

 

Kiedy Ruda była już od 5 miesięcy ciężarówką przewożącą Miśka, na świat przyszły pierwsze i ostatnie szczeniaki w naszej hodowli owczarków belgijskich.

Ostatnie dlatego, że w ciągu trzech miesięcy dostaliśmy taką szkołę życia, że w obecnej sytuacji przy dwójce dzieci na pewno sobie odpuścimy małe psiaki. Tylko jeden został z nami… nasza wyjąca Yuki.

Nie wiem czy wszyscy zdają sobie sprawę jaki harmider i totalne rozpirzenie porządku wprowadza taka czarna hołota.

Jak zamienić piękny skalniak w ogrodzie w krajobraz księżycowy? Nic prostszego potrzeba tylko siedem małych czarnych diabełków z ząbkami jak sztylety i 2-3 dni później zostają tylko kamienie… nie uchowa się żadna roślinka.

Przeganianie ich nic nie pomoże, przegonisz potworki z jednej strony to z drugiej już kolejne atakują. Są jak gremliny lub uporczywa grzybica stóp.

Nasz kot Frycek prawie się wtedy wyprowadził. Zresztą wcale mu się nie dziwiłem, nie miał lekkiego życia. Za każdym razem kiedy przebiegał z ogrodu do sadu, pędziła za nim cała hałastra małych ujadających piesków. Miałem wrażenie że to podjazd tatarski hałakując atakuje samotnego kociego rycerza, który z gracją przeskakiwał ogrodzenie zostawiając prześladowców rozpłaszczonych na siatce. Po czym natychmiast siadał po drugiej stronie i z miażdżącą pogardą patrzył na całą bandę szczekających i wzajemnie się wywracających prześladowców.

Pora karmienia też potrafiła być wyzwaniem. Najpierw należało zlokalizować całą bandę co nie było szczególnie trudne. Wystarczyło podążać za hałasem i rozpaczliwymi krzykami domowników, a następnie rozstawić całe towarzystwo przy swoich miskach. W tym momencie przydawały się umiejętności potrzebne do organizacji imprez masowych. Do tego celu świetnie nadawał się duży kawałek ogrodu, ze 2-3 osoby (o nerwach ze stali) do rozdzielania przy miskach i pilnowania żeby wygłodniałe psy nie robiły wycieczek w celu wyjadania jedzenia rodzeństwu – zgodnie z zasadą, że ten drugi ma na pewno lepsze!

W domu nie polecam tego robić ponieważ wszystkie małe psiaki trzymają łapy w miskach i potem robią fajne ślady.

Po karmieniu następowała chwila przerwy w zajęciach ponieważ wszystkie maluchy usypiały po kątach, zresztą bardzo często bezpośrednio w miejscu ostatniej zabawy.

Kiedy już wieczorem będąc na ostatnich nogach po całodziennej bieganinie, mającej na celu uratowanie resztek dobytku przed pożarciem, udało się zagonić całe stado z ogrodu do domu na spanie, można było wreszcie odpocząć. Należało tylko wcześniej przygotować podłogę na straszne rzeczy które ją spotkają w nocy – czytaj pokryć wszystko kartonem lub gazetami, które i tak zostaną wpierw zasikane, to drugie, a na koniec pożarte.

Nie będę się rozpisywał o drobnych stratach których było bez liku. Sporej ilości zjedzonych butów, zabawek, kosza do spania (z koszyka została tylko podłoga) i całej fury innych pogryzionych sprzętów.

W końcu przyszedł czas na rozstanie z psiakami, co mimo wszystkich trudów związanych z ich wychowaniem – proszę mi wierzyć że czasem uderzałem miarowo głową w ścianę, a Ruda chodziła z wyrazem twarzy jak Jack Nicholson w filmie „Lśnienie” – nie jest łatwe. Za każdym razem kiedy ktoś przyjeżdżał po szczeniaka i znikał kolejny piesek serce w człowieku pękało… i robiło się jakoś tak smutno kiedy patrzyliśmy na zmniejszającą się powoli gromadkę…

Kiedy już rozstaliśmy się z wszystkimi psiakami, oprócz naszej Yuki, wcale nie było dużo łatwiej szczególnie, że w październiku Misiek zawitał na naszej planecie, a nasz pies był na etapie 4 latka… ale to całkiem inna historia.