Piszemy list do Mikołaja, czyli jak sobie kupić konsole.

 

 Scanned at 2012-11-04 10-24     Niestety ale nieuchronnie, wielkimi krokami zbliża się okres mikołajowo – świątecznego szaleństwa zakupowego. Świadomość tego nadchodzącego kataklizmu na większość rodziców nie wpływa zbyt dobrze.

Po pierwsze wszystkie kanały dziecięce zaczynają naświetlać nasze pociechy taką ilością reklam nowych fantastycznych zabawek, że nasze biedne dzieci siedzą przed telewizorami z obłędem w oczach i krzyczą – Tato ja chcę takie coś! – a ty biedny rodzicu możesz tylko notować i modlić się aby wartość owej zabawki nie przekroczyła ceny używanego samochodu…

Gorzej jeśli nie możemy sobie pozwolić na zakup zamówionej w liście do Mikołaja zabawki, i nie można znaleźć tańszego zamiennika. Wtedy zaczynają się prawdziwe problemy. Jak sprawić przyjemność dziecku, jednocześnie uniknąć bankructwa i utraty zdrowia psychicznego no i nie zaszkodzić Świętemu Mikołajowi – przecież wysłałem do niego list to czemu nie dostałem zamówionej zabawki ! Ja na szczęście mam dwójkę chłopaków (respect dla rodziców z większą liczbą pociech). Jasiek jest mały więc nie stanowi jeszcze problemu ponieważ nie czai bazy i cieszy się z wszystkiego:)

Misiek jest już w wieku bardzo podatnym na wszelkie nowinki, i ma już swoje wyrobione zdanie. Ale najgorsze jest to że razem piszemy list do Św. Mikołaja. Określenie sztuka dyplomacji nabiera całkiem nowego znaczenia, jak napisać list by wilk był syty i owca cała.

Ok, udało się z listem, teraz część praktyczna. Wyjście do dużego sklepu z zabawkami może być nawet dla dorosłego faceta sporym przeżyciem – chodzi o to że jest sporo gadżetów które sami chcielibyśmy mieć – podobno nigdy nie dorastamy.

Szczęśliwi ci co mają synów! mogą zrealizować swoje niespełnione marzenia.

Przykładowy dialog :

– kochanie kupiłem konsole dla naszego synka

– zwariowałeś!? on ma trzy lata!

– kochanie, przecież dorośnie, a cena była naprawdę okazyjna aż żal było nie kupić.

 

Dlatego ja osobiście z radością oczekuję na okres przedświątecznych zakupów i pisanie listu do Mikołaja, znowu kupię sobie jakąś fajną zabawkę

Sądny dzień – czyli niedziela po naszemu.

    Zaczęło się jak zwykle niewinnie – Chłopaki wstały o 6:30, bajki, śniadanko. Ruda spała do 9 tej – jej szczęśliwy dzień sic! Próba wspólnej zabawy w celu ogarnięcia Miśka i Jaśka – odpuściłem sobie po 20 minutach. Jasiek w 20 minut zrobił bałagan w pokoju Miśka taki, że przez resztę dnia nikt nie wierzył, że tylko on (roczniak) maczał w tym swoje łapki. Zepsułem czajnik… niestety, zdarza się, więc zapadła rodzinna decyzja – zamiast na spacer do lasu, jedziemy do OBI. Oboje wiedzieliśmy, że będziemy żałowali tej wycieczki, ale pełni zaufania i głupiej naiwności daliśmy się wrobić jak zwykle… Ubieranie dzieci – o ile z Jaśkiem jest jeszcze w miarę łatwo – pod warunkiem, że nie ucieka goły w poprzek łóżka – to do Miśka trzeba mieć anielską cierpliwość albo łykać silne leki uspokajające. Zasada jest jedna i nie zmienna: im bardziej się spieszysz z wyjściem, tym trudniej przebrać Miśka… OK, udało się. Jedziemy!! Do pierwszego sklepu wskoczyliśmy tylko po to, aby młodemu kupić fajną czapkę. Czy ktoś próbował dzikiego kotka ubrać w sweterek ? Nie? To proszę spróbować. Czapka kupiona, a my tylko lekko spoceni drobną szarpaniną z naszym synkiem ładujemy się do auta, aby zaliczyć następny punkt programu – OBI lub BOBI według Miśka – oczywiście w samochodzie jesteśmy zasypywani taką ilością pytań, że trzeba by mieć refleks jak Neo z Matriksa, aby nadążyć z odpowiedziami. Zresztą odpowiadanie niczego nie zmienia, zarzucani pytaniami jak pod ostrzałem z moździerza – w każdym razie po 10 min zacząłem krwawić z uszu, wyłączyła mi się duża część mózgu i tylko dzięki odruchom naturalnym oraz instynktowi samozachowawczemu doprowadziłem auto na parking pod sklepem.

Dzięki zrządzeniu losu wózek samochodzik był wolny, więc obeszło się bez płaczu. Ufni, że teraz już będzie miło i sympatycznie wjechaliśmy do sklepu, wyglądając niczym rodzinka ze katalogu sprzedażowego.

#*?!! 3 minuty później Misiek postanowił że On już nie będzie siedział w wózku (samochodziku), tylko będzie ciągnął wózek za przodu… Po potrąceniu 3 osób i wbiciu się w półkę sklepową nastąpiła krótka awantura i Misiek obrażony siedział z powrotem w samochodziku. Już dochodząc do siebie zobaczyłem parę – ona udawała że jest sama, a on coś krzyczał szeptem do swojego synka wywlekającego kije do mopów i robił się bordowo/czerwony na twarzy – od razu zrobiło mi się lepiej – nie jestem sam inni też tak mają! Udało się, wychodzimy! Wszyscy są cali i nawet zrobiliśmy zakupy, niestety okazało się ze po czajnik musimy pojechać gdzie indziej i ta myśl nie dawała mi spokoju, jeszcze jeden duży sklep kolejne atrakcje dla Miśka – zrobiło mi się słabo.

Czajnik został kupiony w tempie ekspresowym. W sklepie Misiek próbował wymóc na nas kupienie jedynie smoka latarki, ale udało się nam tego uniknąć bez specjalnych problemów – Młody chyba miał chwilę słabości, normalnie tak łatwo nie odpuszcza. Za to w Biedronce pokazał, że już wypoczął i wrócił do siebie kiedy nie zgodziliśmy się na kolejną paczkę tik-tak'ów (nie, nie pomagały tłumaczenia, że w samochodzie ma takie same) postanowił wziąć sprawy w swoje rączki.

Nakryłem go jak wyszedł spomiędzy kas, grzechocząc kieszeniami, zamarłem mając przed oczami, sytuację jak z filmu klasy B – zaraz wyskoczą ochroniarze, a ja i mój niespełna 5-letni syn wylądujemy na komisariacie za pudełeczko Tik Tak'ów.

Kiedy wyczerpani atrakcjami związanymi z wyjazdem na zakupy zaparkowaliśmy na podjeździe pod domem, los się do na uśmiechnął. Dziadki się wybierały na spacer do lasu i zaproponowali, że zabiorą Młodego ze sobą! Nie mogliśmy się otrząsnąć z radosnego szoku na myśl, że będziemy mieli chwile spokoju Misiek też się bardzo ucieszył – w końcu miał nas już dość, nie dostał ani smoka latarki, tik taki też mu zabrałem (biedne dziecko), tylko głupią czapkę mu kupili.

15 minut później Ruda zobaczyła ich z powrotem…Młody miał zakrwawioną całą bluzę z przodu i rozbity nos, zaplatał się w korzeniach i tak się zaczęli z dziadkiem szamotać w akcji ratunkowej, że nos Misia spotkał się z łokciem Dziadka i tyle było ze spaceru. Myślę, że długo już nie popełnią tego błędu. Tak, niektórzy to mają sądny dzień co tydzień… Dobrze że jutro poniedziałek.